Silsila (1981) – miłość, której nie sposób zatrzymać
Silsila to film, do którego zbierałam się od lat. Wiedziałam o jego miejscu w historii Bollywood, o kulisach związanych z Amitabhem, Rekhą i Jayą oraz o tym, że jest to tytuł często przywoływany przy okazji rozmów o odwadze Yasha Chopry jako reżysera. Jednocześnie lata 80. nie są okresem, po który sięgam chętnie i chyba dlatego wciąż odkładałam ten seans na później. Dopiero pojawienie się filmu na Netflixie – w naprawdę dobrej jakości – sprawiło, że pomyślałam: „to jest ten moment!”.

Fabuła Silsila
Amit, początkujący pisarz, żyje w małżeństwie, które zrodziło się z poczucia obowiązku. Jego serce od lat należy jednak do Chandni – dawnej ukochanej, którą los postawił na jego drodze ponownie, już wtedy, gdy oboje mają swoje życie i swoje zobowiązania. Powrót tych uczuć prowadzi do decyzji, które dla każdej z trzech stron będą bolesne i skomplikowane. Pytanie brzmi: czy miłość może wygrać, jeśli wymaga złamania wszystkiego, co dotąd wydawało się stabilne?
Poetycki klimat opowieści

Pierwsze wrażenia miałam bardzo jednoznaczne: Silsila jest filmem niezwykle lirycznym, wręcz teatralnym w swojej formie. Jego rytm jest powolny, a obraz prowadzi widza nie tyle przez kolejne wydarzenia, ile przez nastroje. Kamera obserwuje bohaterów z delikatnym dystansem, a montaż pozwala scenom wybrzmieć dłużej, niż przywykliśmy w nowszym kinie. To może być dla współczesnego widza zaskakujące, ale właśnie w tej stylistyce kryje się największa siła tego filmu.
Gdzie historia traci tempo
Z drugiej strony – nie da się ukryć, że Silsila jest za długim filmem. Wiele scen nie wnosi niczego do historii, część dialogów jest niepotrzebnie przeciągnięta, a niektóre sekwencje można byłoby spokojnie skrócić bez żadnej straty dla emocjonalnego wymiaru opowieści. Fabularnie film jest dość przewidywalny, zwłaszcza w pierwszej części, choć w drugiej połowie potrafi jeszcze zaskoczyć kierunkiem, w którym prowadzi bohaterów.
Największym problemem pozostaje dla mnie zakończenie – moralizujące, na siłę domykające historię i właściwie sprzeczne z tym, co film budował wcześniej. Cytat końcowy wywołał we mnie jedynie niedowierzanie. Wiem jednak, że to kino początku lat 80., a realia obyczajowe były inne, więc przyjmuję tę decyzję z pewnym dystansem.
Chemia, którą czuć w każdym spojrzeniu

Amitabh Bachchan w młodszej odsłonie początkowo wydawał mi się nieco obcy, bo siłą rzeczy automatycznie porównywałam go do Abhisheka. Na szczęście chwilę później zupełnie zniknęło to wrażenie. Amitabh jest w tym filmie bardzo dobry, pełen sprzecznych emocji, ale autentyczny w każdej scenie. Jego Amit to człowiek rozdarty, ale nie melodramatyczny.
Rekha to dla mnie największe odkrycie seansu. To pierwszy film, jaki obejrzałam z nią z czasów młodości i zrozumiałam wreszcie, skąd wzięła się jej legenda. Jest magnetyczna, subtelna, jednocześnie niezwykle ekspresyjna w drobnych gestach. A chemia między nią a Amitabhem jest absolutnie nie do podrobienia. Widać to w każdym spojrzeniu, w każdej wymianie zdań.
Jaya Bachchan imponuje aktorsko, nawet jeśli nie należy do moich ulubionych aktorek. Jej rola jest trudna i bardzo emocjonalna, a scena, w której dowiaduje się o odejściu męża, zagrała z taką powściągliwością i bólem, że trudno mi ją wyrzucić z pamięci. Między nią a Amitabhem nie ma tej samej chemii, którą widzimy w scenach z Rekhą, ale tutaj wynika to również z konstrukcji fabuły.
Muzyka, która tworzy nastrój

Muzyka w Silsila to jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów. Nie wszystkie piosenki zapadają w pamięć równie mocno, ale kilka z nich rzeczywiście zasłużenie funkcjonuje dziś w popkulturze (np. Rang Barse Bheege Chunarwali). Momentami miałam wrażenie, że utworów jest trochę za dużo, a innym razem – że przez dłuższy fragment filmu żadna piosenka się nie pojawia. Niemniej, kilka piosenek trafiło na moją playlistę ulubionych w 2025 roku.
Liryczna estetyka i europejskie krajobrazy
Za to zdjęcia i estetyka filmu tworzą niezwykle charakterystyczny klimat. Liryczna atmosfera, miękkie światło i te spokojne oraz ekspresyjne ruchy kamery – to wszystko nadaje filmowi poetycką tonację, której nie widuję dziś często w mainstreamowym Bollywood. Sceny kręcone w Holandii są typowym dla Yasha Chopry zabiegiem „europejskiego romantyzmu”, ale wypada to tutaj całkiem naturalnie i stanowi jedynie tło, a nie próbę odwrócenia uwagi od emocji bohaterów.
Podsumowanie

Silsila to film, który trudno jednoznacznie ocenić. Z jednej strony zachwyca klimatem, aktorstwem i lirycznym tonem, z drugiej męczy długością i nie do końca trafionym zakończeniem. To zdecydowanie nie jest film idealny, ale z pewnością jest filmem ciekawym i w kilku aspektach wyjątkowym. Cieszę się, że w końcu go obejrzałam, bo pozwolił mi spojrzeć na kino Yasha Chopry z innej perspektywy niż ta znana z lat 90. i późniejszych.

Oglądaliście Silsila? Jak odbieracie ten rodzaj poetyckiego Bollywood z początku lat 80.?


