Namastey London
Filmy Bollywood

Namastey London (2007) – brytyjsko-indyjska mieszanka

Też macie tak czasami, że myślicie, że nigdy nie obejrzycie jakiegoś filmu, bo po prostu w danym momencie życia, najzwyczajniej w świecie Was on nie interesuje? A potem mija na przykład kilka lat i postanawiacie jednak dać mu szansę? Ja tak miałam z wieloma, przyznam się bez bicia, a jednym z nich jest Namastey London. Jak to się stało, że obejrzałam ten film mimo swojej wcześniejszej niechęci? I podstawowe pytanie — czy seans był udany? Zapraszam do dalszego czytania!

Namastey London
Kliknij plakat po więcej informacji o filmie

Fabuła Namastey London

Jasmeet Singh (Katrina Kaif), lepiej znana jako Jazz, wychowała się w Londynie i z łatwością przyjęła zachodni styl życia. Kiedy zaczyna spotykać się, a następnie planować ślub z kilkukrotnym rozwodnikiem Charliem, jej ojciec, Manmohan (Rishi Kapoor) jest załamany. Pod pretekstem wycieczki zabiera córkę do Indii. Tam wychodzi na jaw, że chce ją wydać za mąż. “Szczęśliwym” wybrankiem okazuje się być Arjun (Akshay Kumar) – syn przyjaciela Manmohana. Jak potoczą się losy Jazz, Arjuna i Charliego? Miłość czy przyjaźń? Kto okaże się mieć rację, a kto się myli? [źródło: filmweb.pl]

Seans, którego nigdy nie miało być?

Od razu przyznam, że pewnie gdyby nie Nandini z Newsy ze świata indyjskiego kina, pewnie jeszcze długo zabierałabym się do seansu Namastey London. Jednak zainspirowana naszą małą zabawą, która mam nadzieję, że przekształci się w coroczną tradycję, zostałam zachęcona do obejrzenia filmu. Z wyboru Nandini ucieszyłam się więc podwójnie — po pierwsze zobaczę film, do którego myślałam, że nigdy się nie zabiorę i po drugie, obejrzę kolejną nowość w ramach wyzwania W 2022 roku obejrzę 50 filmów Bollywood!. Nie czytając, ani nie zapoznając się z żadnymi ocenami filmu, po prostu zaczęłam seans…

Katrina Kaif

Namastey London, czyli witaj udany seansie!

…który był jednym z moich najlepszych od dłuższego czasu! Takie przyjemne w odbiorze filmy to ja mogę oglądać codziennie! Od razu przyznam, że nie miałam żadnych oczekiwań wobec Namastey London. Wiedziałam tylko, że byle czego to Nandini dla mnie nie wybrała. I z każdą kolejną minutą, coraz bardziej rozumiałam, dlaczego akurat ten tytuł. Bo to po prostu naprawdę fajna i miła komedia, która kupiła mnie już po kilkunastu pierwszych minutach!

Historia może nie należy do wybitnych, bo można by rzec, że podobny motyw użyty był już w wielu filmach. Mimo to Namastey London ogląda się naprawdę przyjemnie, a fabuła, choć przewidywalna, jest ciekawa i wciąga. Czasami prostota jest najlepszym rozwiązaniem. Nie przeszkadzały mi nawet niektóre dziwne sceny (np. wizyta u księcia Karola), bo przyznam szczerze, nawet mnie one bawiły.

Walka ze stereotypami

Jednak Namastey London to nie tylko głupawe sceny, które nie zawsze mają sens. To także poruszenie kilku ważnych kwestii kulturowych, m.in. przyjaźń Hindusa z Pakistańczykiem, czy związek muzułmanina z Brytyjką i walka z rodzicami, którzy są temu przeciwni (z dwóch stron). Nie mówiąc już o tym, ileż razy w filmie bohaterowie starali się walczyć ze stereotypami o Indiach, które żyją wśród Brytyjczyków (ale nie tylko). Choć niektóre sceny były zrobione nieco na siłę, to jednak rozumiem, jakie miały mieć przesłanie i ja to nawet kupuję.

Aktorski popis braku drewienka

Jeśli chodzi o grę aktorską, której najbardziej się bałam, to byłam zaskoczona, że Katrina nie była w tym filmie totalnym drewienkiem. Udało jej się zagrać i to nawet dobrze, jak na nią na początku kariery. Ani razu nie przeszkadzała mi podczas seansu, a to już wielki sukces! Dodatkowo zdziwiło mnie to, że Akshay był jak na niego taki mało Akshay’owy — kto oglądał, choć kilka jego filmów, ten zrozumie, o co mi chodzi. Jego postać, Arjun, był taki opanowany, z takim spokojem przyjmował wszystko na klatę, co mu robiła główna bohaterka. Reszta aktorów też wypadła okej, jedni spisali się lepiej, a drudzy — hmm, czasami miałam ochotę usunąć ich z filmu (tak, mówię o wybranku Jazz…).

Muzyka do jednego odsłuchania?

Muzycznie niestety film nie porwał mnie zbytnio. Jedynie jedna, pierwsza piosenka, która pojawia się zaraz na początku, wpadła mi w ucho i myślę, że będę do niej nie raz wracać — Teri Yaad Saath Hai. Reszta jest taka sobie. W porównaniu do tego co dał mi film, piosenki wypadają słabo.

Podsumowanie

Podsumowując, Namastey London to film na pewno warty obejrzenia. Jest lekki i przyjemny w odbiorze, potrafi nie raz rozśmieszyć, a historia jest ciekawa i wciągająca. Po seansie od razu byłam pewna, że zasługuje na dobrą ocenę. Osobiście — polecam!

trzy i pół serce


Oglądaliście Namastey London? Podobał się Wam? Jeśli nie, to zamierzacie go obejrzeć?

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.