-
Homebound (2025) – droga nie zawsze prowadzi do domu
Na Homebound czekałam naprawdę długo. Każdy, kto obserwuje mnie na Instagramie, doskonale wie, jak bardzo liczyłam na ten seans i jak mocno żałowałam, że nie udało mi się obejrzeć filmu w kinie. Gdy tylko pojawiła się informacja, że trafi na Netflixa, zaczęłam odliczać dni — choć los i tak postanowił trochę mi to utrudnić. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze festiwalowy kontekst, Cannes, świetny plakat i obsada, która od początku działała na moją wyobraźnię. Starałam się jednak nie pompować oczekiwań do granic możliwości, bo znam siebie i wiem, jak łatwo wtedy o rozczarowanie. Mimo wszystko… liczyłam na coś więcej niż tylko „poprawny film”.
-
Silsila (1981) – miłość, której nie sposób zatrzymać
Silsila to film, do którego zbierałam się od lat. Wiedziałam o jego miejscu w historii Bollywood, o kulisach związanych z Amitabhem, Rekhą i Jayą oraz o tym, że jest to tytuł często przywoływany przy okazji rozmów o odwadze Yasha Chopry jako reżysera. Jednocześnie lata 80. nie są okresem, po który sięgam chętnie i chyba dlatego wciąż odkładałam ten seans na później. Dopiero pojawienie się filmu na Netflixie – w naprawdę dobrej jakości – sprawiło, że pomyślałam: „to jest ten moment!”.
-
Jab Tak Hai Jaan (2012) – miłość wystawiona na próbę czasu
Kiedy 13 lat temu Jab Tak Hai Jaan miał trafić do kin, byłam pełna niepokoju. Uwielbiam filmy Yasha Chopry i bałam się, że jego nowa produkcja nie będzie już na miarę Veer-Zaary czy Dil To Pagal Hai. Dodatkowo nie przepadałam wtedy za Katriną Kaif, więc jej obecność u boku Shah Rukha Khana nie wzbudzała we mnie entuzjazmu. A już złamanie przez SRK jego zasady niecałowania swoich ekranowych partnerek — i to właśnie z nią — było dla mnie ciosem, którego naprawdę długo nie mogłam przeżyć.
-
Teri Baaton Mein Aisa Uljha Jiya (2024) – miłość w czasach sztucznej inteligencji
Po Teri Baaton Mein Aisa Uljha Jiya sięgnęłam z bardzo prostej przyczyny — Magda z Madźa pisze o Bollywood podsunęła mi go w rozmowie, a ja potrzebowałam czegoś lekkiego, przyjemnego, z moim ukochanym „chocolate” Shahidem w roli głównej. Zdecydowanie wolę go w wydaniu romantycznym niż brutalnym, więc perspektywa obejrzenia komedii romantycznej z jego udziałem brzmiała jak idealny wybór na spokojny seans. Od dawna miałam ten film na liście, ale nigdy nie było momentu, żeby się za niego zabrać. Polecenie Magdy przechyliło szalę i bardzo dobrze, bo takiego filmu właśnie wtedy potrzebowałam. Nie czytałam wcześniej prawie nic o fabule, dzięki czemu mogłam wejść w tę historię bez oczekiwań i porównań.
-
Thamma (2025) – Bollywood w kolorach mroku
Dawno tak dobrze nie bawiłam się na filmie w kinie. Szczerze mówiąc, poszłam na Thamma trochę z ciekawości – bo obsada była kusząca, a zwiastun obiecywał coś zupełnie innego niż typowe bollywoodzkie produkcje. Na seans wybrałam się z Magdą z bloga Madźa pisze o Bollywood i to był strzał w dziesiątkę. Oglądać film z kimś, kto śmieje się w tych samych momentach i równie mocno łapie bollywoodzkie smaczki, to czysta przyjemność. Fajnie było wspólnie reagować na żarty, wyłapywać drobne nawiązania i przeżywać ten film „na świeżo”, scena po scenie. Może też właśnie dzięki temu seans był tak udany – bo od pierwszych minut dałam się porwać tej historii bez żadnych…