Laila Majnu (2018) – kiedy miłość staje się obłędem
Do Laila Majnu miałam dwa podejścia. Pierwsze, jeszcze po premierze, zakończyło się po około czterdziestu minutach. Wyłączyłam film, bo nie mogłam znieść tego specyficznego krindżu i bardzo szybko zaczęłam mieć skojarzenia z Sanam Teri Kasam. A kto czytał moją recenzję tamtego filmu, ten wie, że nie było to dla mnie skojarzenie na plus.
Myślałam, że na tym moja przygoda z tym filmem się skończy. A jednak po latach, za namową Wiktorii z cajlandia.in, obejrzałam Laila Majnu ponownie, tym razem już do końca. Ona oglądała film po raz pierwszy, ja dawałam mu drugą szansę. I muszę przyznać szczerze, że po tym seansie lepiej rozumiem, dlaczego ten tytuł z czasem zdobył tak oddaną publiczność. Co nie znaczy, że nagle zobaczyłam w nim arcydzieło.
Fabuła Laila Majnu
Film Sajida Alego to współczesna wersja historii Laili i Majnuna, przeniesiona do Kaszmiru. Laila pochodzi z rodziny, w której ogromne znaczenie mają reputacja, pozycja i społeczne oczekiwania. Qais jest natomiast chłopakiem pewnym siebie, trochę bezczelnym i od początku bardzo zapatrzonym w swoje uczucie.
Ich relacja zaczyna się dość klasycznie: spojrzenia, zaczepki, flirt, rodzinne napięcia i miłość, która od samego początku musi mierzyć się z przeszkodami. Z czasem jednak ta historia przestaje być tylko romansem o dwojgu ludzi, którym ktoś nie pozwala być razem. Uczucie Qaisa zaczyna zmieniać się w obsesję i emocjonalne szaleństwo.
Od krindżu do emocjonalnego zatracenia

Największy problem mam z pierwszą częścią filmu. Niektóre sceny flirtu, spojrzenia, gesty i dialogi są dla mnie na granicy krindżu, a czasem tę granicę po prostu przekraczają. Jest w nich sporo przesady, teatralności i melodramatu, który nie zawsze na mnie działał.
Dlatego nie dziwię się, że za pierwszym razem odpadłam już po kilkudziesięciu minutach. Laila Majnu wymaga cierpliwości, bo jego początek może zniechęcić. Zwłaszcza jeśli ktoś, tak jak ja, ma już za sobą wiele podobnych melodramatów i trudniej kupuje wielkie uczucia podane bez mocniejszego uzasadnienia.
Film robi się ciekawszy dopiero później, choć druga połowa też nie jest dla mnie całkowicie bezproblemowa. Bywa pogmatwana i momentami nadal przesadzona, ale jeśli miałabym wybierać, to właśnie ona bardziej mnie wciągnęła. To wtedy Laila Majnu przestaje być tylko historią zakazanej miłości, a zaczyna opowiadać o uczuciu jako czymś wyniszczającym.
I chyba właśnie w tej części najlepiej widać, dlaczego Laila Majnu po latach zdobył tak oddaną publiczność. To nie jest subtelny romans, tylko melodramat pełną piersią: przesadzony, emocjonalny i momentami bardzo intensywny. Dla wielu widzów właśnie w tym tkwi jego siła. Ja też widzę, że druga połowa ma większy ciężar, ale cały czas wracał do mnie ten sam problem: nie do końca uwierzyłam w fundament tej relacji
Film bardzo chce, żebyśmy uwierzyli, że Laila i Qais są sobie przeznaczeni. Że to wielka miłość, która przekracza wszystko. Tylko że ja lubię, kiedy kino nie tylko mi to mówi, ale też pozwala to naprawdę poczuć. Tutaj momentami miałam wrażenie, że dostaję efekt końcowy bez wystarczająco dobrze zbudowanej drogi do niego.
Avinash Tiwary niesie ten film

Największą siłą Laila Majnu jest dla mnie Avinash Tiwary. Początkowo jego Qais mnie irytował. Jest zbyt pewny siebie, nachalny, trochę teatralny i bardzo przekonany o sile własnego uroku. Ale im dalej, tym wyraźniej widać, że to właśnie na nim opiera się emocjonalny ciężar całej historii.
Jego przemiana w Majnu jest najmocniejszym elementem filmu. Avinash dobrze pokazuje człowieka, który stopniowo odkleja się od świata. Nie oglądamy tu po prostu nieszczęśliwie zakochanego chłopaka, ale człowieka, który rozpada się od środka i zaczyna żyć bardziej w swoim uczuciu niż w rzeczywistości.
Triptii Dimri jako Laila wypada dla mnie nierówno. Przy pierwszym podejściu w ogóle nie przekonała mnie jej gra i miałam wrażenie, że jest w tym sporo sztuczności. Za drugim razem było trochę lepiej, ale nadal nie powiedziałabym, że to ona niesie ten film. Laila ma w sobie energię, kokieterię i żywiołowość, które pasują do tej opowieści, jednak sama postać nie zawsze dostaje od scenariusza wystarczająco dużo przestrzeni.
Trochę szkoda, bo ta historia mogłaby być silniejsza, gdyby perspektywa Laili była równie wyrazista, jak emocjonalny rozpad Qaisa.
Muzyka, Kaszmir i kolory

Muzyka była jedynym elementem Laila Majnu, który podobał mi się już przy pierwszym, nieudanym podejściu do filmu. Nawet wtedy, gdy nie dałam rady obejrzeć go do końca, soundtrack został ze mną na dłużej. Tytułowego O Meri Laila słuchałam przez kilka ostatnich lat.
Po drugim podejściu jeszcze lepiej rozumiem, dlaczego to właśnie muzyka jest jednym z powodów, dla których Laila Majnu zostało z widzami na dłużej. O Meri Laila ma dokładnie ten rodzaj energii, który potrafi przykleić się do człowieka na lata, ale cały album dobrze pracuje na emocje filmu. Nawet kiedy scenariusz bywa nierówny, muzyka potrafi dodać tej historii emocji, których czasem brakuje w samej relacji bohaterów.
Bardzo podobała mi się też wizualna strona filmu. Kaszmir ma tutaj chłód, przestrzeń i melancholię, które dobrze pasują do historii o miłości wymykającej się spod kontroli. Zachwycały mnie ujęcia plenerowe, górskie krajobrazy, surowość tej przestrzeni i kolory, które pięknie wybrzmiewają na jej tle. Szczególnie stroje Laili tworzą ciekawy kontrast z chłodnym otoczeniem, ale największe wrażenie robi sam Kaszmir i sposób, w jaki buduje klimat tej opowieści.
Film, który wrócił w odpowiednim momencie

Najciekawsze w Laila Majnu jest dla mnie to, co stało się z tym filmem po latach. W momencie premiery przeszedł raczej bez większego echa, szybko zniknął z kin i trudno było przewidzieć, że kilka lat później wróci jako niedoceniona perełka. Dlatego bardzo zdziwił mnie jego re-release. Pomyślałam wtedy: dlaczego ktoś przywraca do kin film, który został tak słabo przyjęty?
Po drugim seansie trochę lepiej to rozumiem. Wiktoria zarzuciła mi, że jestem zbyt wymagająca wobec Bollywood. I pewnie ma rację. Po 19 latach oglądania filmów indyjskich jestem bardziej wymagająca, mniej podatna na sam melodramat i trudniej mnie przekonać wielkimi uczuciami, jeśli nie stoją za nimi dobrze zbudowane postacie i relacje.
Ale muszę się z nią zgodzić w jednej kwestii: Laila Majnu rzeczywiście ma w sobie coś bardzo klasycznie bollywoodzkiego. To romans w czystej postaci. Bez dokładania na siłę wątków społecznych, bez komediowego rozpraszania emocji, bez akcji, sensacji czy thrillera w tle. To po prostu historia wielkiej, tragicznej miłości. Przesadzonej, bolesnej, bardzo intensywnej i całkowicie skupionej na uczuciu.
I może właśnie dlatego widzowie tak mocno pokochali ten film po latach. Bollywood od dawna nie daje nam zbyt wielu klasycznych romansów. Dostajemy dużo akcji, thrillerów, filmów sensacyjnych, produkcji patriotycznych albo historii próbujących łączyć kilka gatunków naraz. Romansów jest mało, a dobrych romansów jeszcze mniej. Nic dziwnego, że część publiczności wróciła do filmu, który w 2018 roku przepadł, ale dziś daje coś, za czym wiele osób po prostu tęskni: wielkie uczucie bez miliona dodatków.
Podsumowanie

Czy Laila Majnu mnie zachwycił? Nie. Czy rozumiem jego kultowy status wśród części fanów? Teraz już trochę tak. Jest to jednak film nierówny, dla mnie szczególnie trudny w pierwszej połowie. Nadal nie kupuję wszystkich emocjonalnych skrótów i uważam, że Laila jako postać zasługiwała na więcej przestrzeni. Ale potrafię też docenić poszczególne elementy: świetny soundtrack, piękne zdjęcia, chłodny Kaszmir i mocną drugą połowę, w której Avinash Tiwary naprawdę niesie tę historię.
Dla jednych Laila Majnu będzie kwintesencją Bollywood. Ja zostaję gdzieś pośrodku: rozumiem zachwyt, ale sama dalej nie dołączyłam do grona fanów tego filmu.

Oglądaliście Laila Majnu? Pokochaliście ten film od razu, czy też potrzebowaliście drugiego podejścia?


