Main Vaapas Aaunga
Filmy Bollywood

Main Vaapas Aaunga (2026) – po drugiej stronie wspomnień

Nie ukrywam, że do Main Vaapas Aaunga podchodziłam z pewną rezerwą. Nie jestem największą fanką twórczości Imtiaza Alego (co już pewnie wiecie, a ja przynudzam o tym, za każdym razem xD), a wyjątkiem pozostaje dla mnie Kiedy ją spotkałem, który do dziś uważam za zdecydowanie najlepszy film w jego dorobku. Kiedy więc pojawiły się pierwsze informacje o nowej produkcji reżysera, nie nastawiałam się na wielkie filmowe objawienie. Niemniej zainteresowało mnie to, co zaczęło dziać się po premierze. Film początkowo nie wystartował najlepiej, ale z czasem w sieci pojawiało się coraz więcej bardzo pozytywnych opinii widzów i zainteresowanie produkcją wyraźnie rosło. Polskie seanse niestety mnie ominęły, dlatego, kiedy Main Vaapas Aaunga trafił na Netflixa (i to z polskimi napisami!), oczywiście musiałam sprawdzić, czym tak zachwycił publiczność. Do filmu podeszłam bez większych oczekiwań, ale za to z dużą ciekawością, czy tym razem Imtiaz Ali zdoła mnie do swojej historii przekonać.

Main Vaapas Aaunga (2026)
Kliknij plakat po więcej informacji o filmie

Fabuła Main Vaapas Aaunga

Ishar Singh Grewal (Naseeruddin Shah) coraz częściej wraca wspomnieniami do czasów młodości i rodzinnych stron, które po podziale Indii znalazły się na terenie Pakistanu. Jego wnuk Nirvair (Diljit Dosanjh) próbuje zrozumieć, dlaczego przeszłość wciąż tak mocno wpływa na życie dziadka. W ten sposób poznajemy historię młodego Ishara, nazywanego Keenu (Vedang Raina), oraz Jiyi (Sharvari). Ich relacja rozwija się w cieniu narastających napięć religijnych i politycznych, które ostatecznie doprowadzą do podziału Indii w 1947 roku.

Nierówny rytm i za dużo słów

Długo zastanawiałam się, jak właściwie określić Main Vaapas Aaunga, ale po kilku dniach od seansu cały czas wracam do jednego słowa – nierówny. Film ma momenty naprawdę bardzo dobre, które potrafiły mnie zaangażować i sprawiały, że zaczynałam rozumieć zachwyty widzów. Niestety pomiędzy nimi pojawia się sporo znacznie słabszych fragmentów, w których historia wyraźnie traci tempo.

Main Vaapas Aaunga trwa prawie trzy godziny i zdecydowanie czuć jego długość. Imtiaz Ali ponownie mocno stawia na dialogi, rozważania i długie sceny, ale nie zawsze przekłada się to na większą głębię historii. Momentami miałam wrażenie, że bohaterowie po prostu za dużo mówią, a niektóre rozmowy są tak rozciągnięte, że zamiast bardziej angażować mnie w to, co dzieje się na ekranie, zaczynały mnie zwyczajnie nużyć. I właśnie tutaj najbardziej przydałoby się odważniejsze cięcie montażowe. Film nie potrzebował kolejnych minut, tylko większej selekcji tego, co rzeczywiście warto zostawić.

Teraźniejszości można było dać mniej

Drugim problemem jest dla mnie rozbudowanie współczesnego wątku Nirvaira. Oczywiście rozumiem jego znaczenie – to dzięki niemu przeszłość łączy się z teraźniejszością, a my stopniowo poznajemy historię Ishara. Mam jednak wrażenie, że twórcy poświęcili mu więcej czasu, niż było to potrzebne, a przy tym nie do końca mieli pomysł na to, czym właściwie wypełnić historię samego Nirvaira. Momentami wyglądało to tak, jakby na siłę próbowano dopisać mu dodatkowe zajęcia i problemy tylko po to, żeby współczesna część filmu miała więcej treści i żeby Diljit Dosanjh dostał więcej czasu ekranowego. Najlepszym przykładem jest dla mnie krótki wątek dotyczący rolników w Pendżabie i nowych technologii. Pojawia się nagle, trwa dosłownie chwilę i później film już w ogóle do niego nie wraca. Zanim zdążyłam zrozumieć, skąd właściwie się wziął i czemu ma służyć, było już po wszystkim. Przez to współczesna część historii wydawała mi się miejscami niedopracowana i trochę poskładana z przypadkowych pomysłów. Znacznie chętniej zobaczyłabym w jej miejsce więcej wydarzeń z przeszłości, bo to właśnie tam film był dla mnie ciekawszy i miał zdecydowanie większy ciężar emocjonalny.

Romans, którego nie do końca kupiłam

Największe oczekiwania miałam wobec historii Keenu i Jiyi. Sam pomysł ma przecież wszystko, czego potrzeba do stworzenia wielkiego, tragicznego romansu – młody Sikh, muzułmanka, narastające napięcia religijne i podział kraju, który za chwilę zmieni życie milionów ludzi. Tylko że ja tej wielkiej miłości zwyczajnie nie poczułam.  Brakowało mi między nimi czegoś, co pozwoliłoby mi naprawdę uwierzyć, że jest to uczucie na tyle silne, żeby pozostało żywe przez kolejne dziesięciolecia. Momentami ich relacja wydawała mi się bardziej koleżeńska niż romantyczna i przez to część emocji, na których później opiera się film, zwyczajnie nie wybrzmiała u mnie tak mocno, jak powinna.

A szkoda, bo ta historia miała ogromny potencjał. Właśnie wątek miłosny powinien być jednym z najmocniejszych fundamentów całej opowieści i sprawić, że późniejsza tęsknota Ishara stanie się dla widza czymś niemal namacalnym. U mnie tak się jednak nie stało. Nie oznacza to, że ta relacja zupełnie nie działa. Ich relacja ma kilka naprawdę udanych momentów, ale dla mnie to wciąż było za mało, żeby uwierzyć w wielką miłość Keenu i Jiyi. Po prostu oczekiwałam od tej historii znacznie więcej.

Podział Indii uderza najmocniej

Znacznie mocniej niż sam wątek miłosny zadziałały na mnie sceny bezpośrednio związane z podziałem Indii. Niektóre z nich naprawdę mną wstrząsnęły. Trudno patrzeć na ludzi, którzy z dnia na dzień tracą swoje domy, zostają zmuszeni do ucieczki albo nagle znajdują się po przeciwnych stronach konfliktu wobec osób, obok których jeszcze chwilę wcześniej normalnie żyli. Właśnie w tych momentach film najlepiej pokazuje ludzki wymiar podziału Indii. Nie chodzi już tylko o daty, granice czy polityczne decyzje, ale o konkretne osoby, ich strach, utratę bliskich i miejsc, które przez całe życie nazywali domem. To zdecydowanie najbardziej poruszająca część całej historii.

Dlatego mimo wszystkich zastrzeżeń uważam, że taki film był potrzebny. Kino indyjskie powinno wracać do tego tematu i przypominać o wydarzeniach, które wciąż pozostają częścią pamięci wielu rodzin. Main Vaapas Aaunga mocno mówi też o tęsknocie za miejscem, które nadal istnieje, ale którego po latach właściwie nie można już odzyskać. I ten element historii zdecydowanie do mnie trafił.

Mocna obsada, nierówne role

Pod względem aktorskim Main Vaapas Aaunga wypada naprawdę dobrze. Najwięcej uwagi przyciąga oczywiście Naseeruddin Shah. Jest naturalny, poruszający i bardzo wiarygodny jako starszy człowiek, dla którego granica pomiędzy teraźniejszością a wspomnieniami coraz mocniej się zaciera. Nie powiedziałabym jednak, że jest to najlepsza rola w jego karierze. Widziałam go w kreacjach, które dawały mu znacznie większe pole do pokazania możliwości. Nie zawsze odpowiadał mi też sposób przedstawienia Ishara – kolejne wizje, urwane wypowiedzi i sceny pokazujące jego zagubienie z czasem zaczęły być trochę powtarzalne. Nie zmienia to jednak faktu, że Naseeruddina Shaha po prostu bardzo dobrze się ogląda.

Sharvari również wypada bardzo dobrze. Lubię ją jako aktorkę i cieszę się, że kolejny raz mogłam zobaczyć ją w nieco innym repertuarze. Jiya ma w sobie delikatność, ale nie jest przy tym postacią całkowicie bierną, a Sharvari dobrze odnajduje się zarówno w spokojniejszych, jak i bardziej emocjonalnych scenach.

Pozytywnie oceniam także Vedanga Rainę. To dopiero drugi film z jego udziałem, który widziałam po The Archies, ale tutaj zdecydowanie pokazał się z dobrej strony. Młody Ishar jest sympatyczny, momentami naiwny, a Vedang dobrze oddaje jego młodzieńczą lekkość, która mocno kontrastuje z tym, co czeka bohatera później.

Najmniej wykorzystany wydaje mi się natomiast Diljit Dosanjh. Nirvair dostaje sporo czasu ekranowego, ale nie idzie za tym równie ciekawie napisana postać. Przez dużą część filmu przede wszystkim obserwuje, słucha i reaguje na historię swojego dziadka, a część jego własnych wątków sprawia wrażenie dopisanych trochę na siłę. Przy tak rozbudowanej współczesnej części filmu spodziewałam się, że dostanie więcej materiału, który pozwoli mu naprawdę się wykazać.

A.R. Rahmana bez efektu wow

Muzyka A.R. Rahmana dobrze współgra z melancholijnym klimatem filmu, choć jako całość nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia, jak mogłabym oczekiwać po tym nazwisku. Mam jednak dwóch zdecydowanych faworytów. Pierwszym jest oczywiście Maskara, która stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów z filmu. Drugim jest Kya Kamaal Hai, pojawiające się przy napisach końcowych. I właśnie ten drugi utwór w połączeniu z pokazanymi wtedy obrazami był dla mnie jednym z najbardziej poruszających momentów całego seansu. To, co widzimy na ekranie, naprawdę mocno uderza i jeszcze raz przypomina, jak ogromną tragedią był podział Indii. Niektóre obrazy były dla mnie szczególnie trudne do oglądania i właśnie ta końcówka została ze mną na dłużej.

Podsumowanie

Main Vaapas Aaunga

Main Vaapas Aaunga nie zmienił mojego zdania o kinie Imtiaza Alego, wręcz mnie w nim utwierdził. Nadal uważam, że jego styl jest bardzo specyficzny i albo się go kupuje, albo nie. Ja zazwyczaj znajduję się gdzieś pomiędzy. To dobry film z ważnym tematem, mocną obsadą i kilkoma naprawdę poruszającymi scenami. Jednocześnie jest za długi, miejscami przegadany i obciążony fragmentami, które spokojnie można było skrócić albo całkowicie usunąć. Najbardziej zabrakło mi jednak tego, żeby historia miłosna Keenu i Jiyi rzeczywiście stała się emocjonalnym sercem filmu.

Rozumiem jednak, dlaczego Main Vaapas Aaunga tak spodobał się widzom. Jest w nim dużo nostalgii, tęsknoty, pamięci i charakterystycznego dla Imtiaza Alego spojrzenia na miłość. Po prostu nie wszystkie te elementy zadziałały na mnie równie dobrze. Po kilku dniach od seansu i uporządkowaniu swoich odczuć wiem, że mimo wszystkich wad oceniam go jednak pozytywnie.


Oglądaliście już Main Vaapas Aaunga? Jakie są Wasze wrażenia?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *